//Balet „Romeo i Julia” Prokofiewa. Po premierze w Operze Wrocławskiej

Balet „Romeo i Julia” Prokofiewa. Po premierze w Operze Wrocławskiej

Arcydzieło Sergiusza Prokofiewa znowu na wrocławskiej scenie operowej, po blisko ośmiu latach od ostatniej premiery. Ale tym razem z muzykami w orkiestronie i w znakomitej, niezwykle dynamicznej interpretacji Marcina Nałęcza-Niesiołowskiego. I pełną oddania pracą całego zespołu baletowego w choreografii Jacka Tyskiego.

Historię miłości Romea i Julii choreograf Jacek Tyski pokazał do muzyki Prokofiewa niezwykle subtelnie. Para głównych bohaterów (Robert Kędziński i Rina Nishiuchi) to marzyciele spragnieni prawdziwego uczucia, a zarazem pełni życia nastolatkowie – trochę psotni, trochę zalotni, ale coraz bardziej zdeterminowani, by być razem.

Rina Nishiuschi po raz pierwszy w karierze tańczy tak dużą rolę, debiut w tej roli może zaliczyć do udanych. Jest dziewczęca, delikatna, potrafi jednak pokazać na scenie przemianę naiwnego nieco dziewczęcia w młodą kobietę świadomą uczuć. Robert Kędziński mówił przed premierą, że Romeo to młodzieniec, który chce się zakochać, romantyk szukający miłości. I dokładnie tak go sportretował.

Paradoksalnie jednak, romans dwojga młodych nie przykuwa uwagi w tak znaczącym stopniu, jak to, co dzieje się wokół nich. Zwłaszcza znakomicie zarysowane i zatańczone postaci drugoplanowe.

Tu wielkie brawa dla Łukasza Ożgi, bo dopóki jest na scenie przyćmiewa wszystkich innych tancerzy. Jego Merkucjo jest charakterny, rubaszny, uwodzicielski. Powtarzany kilkakrotnie pocałunek na policzku Tybalta (dobry Won June Choi) mający przeciwnika rozjuszyć, jest też jawną kpiną z rywala. Doskonale zagraną.

Nikt jednak w grze nie prześcignął koryfejki Natsuki Katayamy w roli zmysłowej matki Julii, kobiety, jak należy wnioskować, wielkich namiętności, być może i sekretów (krewniaka – Tybalta – opłakuje niczym kochanka i to na oczach męża). Jej rozpacz rozdziera serce, bo tancerkę muzyka Prokofiewa zdaje się przeszywać na wskroś. A rolę Katayama zbydowała wzorcowo – od atrakcyjnej i pewnej siebie kobiety na balu poprzez surową rodzicielkę przy Julii po bolejącą po stracie krewnego i dziecka matkę.

Dobrze ogląda się też Timothy’ego Leonarda jako ojca Julii, czy Annę Szopę-Kimso w roli pełnej wdzięku niani dziewczyny. Na osobne brawa za bardzo interesującą kreację zasługuje Daniel Agudo Gallardo, czyli sceniczny ojciec Laurenty, zatroskany o dwoje zakochanych mnich.

Prosta scenografia (Olga Skumiał) uatrakcyjniona momentami niemal disneyowskimi projekcjami multimedialnymi (Piotr Maruszak) służy raczej jako tło historii miłosnej, choć wiele pomysłów jest bardzo dobrych (choćby prezentacja postaci na samym początku dzieła, czy schody w gmachu pałacowym pięknie w III akcie wykorzystane przy konstrukcji katafalku dla uśpionej Julii).

Nie zachwyciły mnie natomiast kostiumy, jakie Marta Fiedler przeznaczyła dla niektórych postaci, bo starający się o Julię Parys wygląda, jakby włożył piżamę, zaś komplet dessous Julii w scenie otwierającej akt III bardziej przywodzi na myśl reklamę jednej z film bieliźniarskich niż stylowe odzienie nocne. Prześlicznie natomiast ubrała Fiedler matkę Julii, jej nianię i Romea.

Wielkim sukcesem tego spektaklu jest muzyka na żywo. Orkiestra pod batutą Marcina Nałęcza-Niesiołowskiego gra porywająco wyjątkowo trudną (zwłaszcza dla instrumentów dętych) partyturę. Na długo zapamiętamy scenę walki Romea z Tybaltem i rozpacz matki Julii nad ciałem zamordowanego Kapuleta.

Czytaj również:  Szaleństwo, kropki i mówiące dynie - sztuka Yayoi Kusamy