//Czym karmimy nasze koszmary

Czym karmimy nasze koszmary

Stephen King napisał ponad 200 historii, spora część z nich została przeniesiona na ekran, jednak na palcach jednej ręki można policzyć naprawdę dobre adaptacje filmowe jego powieści i opowiadań. „To”, które obecnie króluje w kinach, zdecydowanie należy do kategorii tych lepszych.

Advertisements

Obawy przed seansem filmu o morderczym klaunie z pewnością będą towarzyszyć każdemu fanowi prozy Kinga. W końcu przełożenie ponad tysiąca stron literackiego pierwowzoru na język kina nie jest prostym zadaniem. Równie dużym wyczynem wydaje się być dorównanie ikonicznej roli Pennywise’a w wykonaniu Tima Curry’ego z produkcji z 1990 roku. A jednak twórcom udało się sprostać zadaniu. Nowe „To” jest wyraziste i naprawdę zabawne, tak samo przerażające i ma do zaoferowania zestaw świetnie napisanych postaci. Po latach mniejszych lub większych niepowodzeń doczekaliśmy się godnej adaptacji książki Stephena Kinga.

Od razu należy zaznaczyć, że w porównaniu do powieści, film Andy’ego Muschiettiego opowiada zaledwie połowę historii dziejącej się w Derry i znanej z powieściowego „To”. Bohaterami są dzieci próbujące rozwikłać zagadkę zniknięć i przeciwstawić się czającemu się w kanałach złu. Druga kwestia dotyczy ram czasowych: w stosunku do pierwowzoru przesunięto wydarzenia o kilkadziesiąt lat, w efekcie losy grupy dzieciaków nazywanych przez szkolnych łobuziaków Frajerami, toczą się na ekranie w latach 80. ubiegłego wieku.

Zabieg ten – a potęguje go obsadzenie w jednej z głównych ról Finna Wolfharda – powoduje, że podczas seansu ma się silne skojarzenia ze „Stranger Things”, co nie powinno nikogo dziwić, bo tak jak twórcy serialu nie ukrywają inspiracji prozą słynnego pisarza, tak ekipa „To” w filmowej stylistyce wiele kwestii rozwiązała bardzo podobnie do serialu platformy Netflix. I jest to rozwiązanie udane, bo ponownie udało się odtworzyć klimat epoki – choć może bez tylu szczegółów, co w serialu – i pokazać mechanizmy rządzące przyjaźnią pomiędzy bohaterami. Grupa młodych aktorów wypada tu fantastycznie, bardzo naturalnie i wzbudza sympatię oraz troskę o ich losy podczas oglądania kolejnych scen. Andy Muschietti, reżyser filmu „To”, podąża ścieżką całkiem zgrabnie wytyczoną przez scenarzystów. Ta prowadzi – za Kingiem – do nakreślenia portretu dorastania na amerykańskiej prowincji. Zaczynają się wakacje, dzieciaki włóczą się po okolicy na rowerach, chłopcy chojrakują, ale gdy przychodzi co do czego, wgapieni w piękną koleżankę (Sophia Lillis jako skrywająca bolesną tajemnicę Beverly), nie wiedzą, jak się zachować. Twórcom „To” udaje się uchwycić tę atmosferę beztroski i zabawy

„To” napędza stracha zwłaszcza dzięki kreacji Billa Skarsgårda, który wcielił się w rolę morderczego klauna. Nowy Pennywise jest naprawdę demoniczny – sposób w jaki wypowiada swoje kwestie czy zanosi się śmiechem przyprawia o ciarki.

Jeśli doszukiwać się wad w obrazie Muschiettiego, to być może nieco przeciągnięte jest zakończenie, z fabularnie i koncepcyjnie uzasadnionym pęknięciem, ale jednak wybijającym nieco z nastroju i narastającego napięcia. Jest to jednak niewielki mankament, który nie kładzie się cieniem na całości. „To” jest bardzo udanym filmem, czerpiącym z książkowego oryginału, ale jednocześnie posiadającym własną stylistykę. Być może również groza przyjmuje tu momentami formy nieco zbyt karykaturalne, ale filmowa wersja książki Kinga naprawdę wciąga. Do tego stopnia, że chciałoby się zostać w sali kinowej i od razu obejrzeć drugi rozdział, który ma ponoć powstać. 

Advertisements
Czytaj również:  Nie ma to jak "Synalek"!