//Giuliano Carmignola na Akademii Vivaldiowskiej

Giuliano Carmignola na Akademii Vivaldiowskiej

Legendarny włoski skrzypek specjalizujący się w muzyce Antonia Vivaldiego potrafi słuchaczy zniewolić. Pod warunkiem, że ma na to ochotę, czego dowodem były bisy. Wcześniej podczas koncertu inaugurującego Akademię Vivaldiowską bywało momentami rozczarowująco, momentami inspirująco. Bohaterem numer jeden okazała się tego wieczoru nie włoska gwiazda, a doskonale przygotowana Wrocławska Orkiestra Barokowa.

Według statystyk skrupulatnie prowadzonych przez badaczy artyści mają w miesiącu zaledwie kilka dni, kiedy podczas występów są w stanie dać z siebie wszystko. Najwyraźniej koncert Wrocławskiej Orkiestry Barokowej z Giulianem Carmignolą nie przypadał dla włoskiego gościa na te obliczone kilka dni. Na początku występu skrzypkowi nie do końca chyba odpowiadało światło padające na scenę (w odwróceniu, tzn. melomani zasiedli na części sceny, przodem do tradycyjnej widowni), ale trudno orzec, czy tylko oświetlenie sprawiło, że ten znakomity zazwyczaj wiolinista tym razem nie był w formie. Wprawdzie pod koniec koncertu, zachęcany gromkimi brawami, wracał na scenę do kolejnych bisów i wykonał je z WOB fantastycznie, ale pewne rozczarowanie jednak pozostało.

Program tego wieczoru rozpoczynającego kolejną z serii Akademii – tym razem Vivaldiowską – przygotowany został z wielką dbałością. Wybrano pięć koncertów z przeznaczeniem na skrzypce, smyczki, bądź skrzypce i dwie orkiestry, Symfonię i Sonatę. Wszystkie ze wspólnym mianownikiem w postaci sakralnych odniesień. Repertuar wdzięczny, nie tak powszechny, jak prezentowane też na Akademii Cztery pory roku.

Giuliano Carmignola Vivaldiego gra jak niewielu innych skrzypków – z najwyższej próby wirtuozerią, swobodą, zjawiskowym wręcz frazowaniem. I gdyby w jego wykonania nie wkradały się intonacyjne problemy z koncertu można byłoby wyjść wręcz odurzonym geniuszem Carmignoli. Ale nad niestarannością, jaka wkradła się w grę Włocha w koncertach na skrzypce (podczas gdy zespół WOB pod dyrekcją Jarosława Thiela pozostał bez zarzutu) trudno było po prostu przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza że podobnej klasy artystę się podziwia, bierze z niego przykład. Słowa zachwytu nad wielką osobowością muzyczną Carmignoli pojawiły się dopiero podczas bisów, powtarzania fragmentów wcześniej zagranych koncertów. Dobre i to, choć szkoda, że tak późno.

Czytaj również:  Lunatic Soul prezentuje "Anymore"