//Miłosz – pesymista ekstatyczny

Miłosz – pesymista ekstatyczny

13. sierpnia 2004 roku w Krakowie, w wieku 93 lat, zmarł poeta i laureat nagrody Nobla, Czesław Miłosz. Nadal niezwykle ceniony na świecie, od kilku lat w Polsce jest postacią mocno kontrowersyjną: plotkuje się o jego seksualnych upodobaniach, wypomina sprzeciw wobec publikowania Biblii (jako książki okrutnej, krwawej i przygnębiającej), sugeruje jego przywiązanie do komunizmu i sowieckiej propagandy. Katolicki pochówek urządzono mu dopiero po telegramie Jana Pawła II, który wziął noblistę w obronę.

Advertisements

93 lata życia, na kanwie którego można by nakręcić pasjonujący film. Dzieciństwo na litewskiej wsi. Studia w Wilnie. Praca w Polskim Radiu. Posada woźnego w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego w latach II wojny światowej. Współpraca z reżimem komunistycznym. Dramatyczna ucieczka na Zachód. Lata emigracji we Francji i w Kalifornii. Nagroda Nobla i triumfalny powrót do Polski. Po nagrodzie Nobla został podniesiony do rangi wieszcza.
Cytat z jego wiersza „Który skrzywdziłeś” został wyryty pod pomnikiem Poległych Stoczniowców w Gdańsku. Rola wieszcza bynajmniej go nie radowała. – Nigdy nie chciałem być aligatorem i raptem, któregoś dnia, człowiek budzi się jako aligator czy też sławny, głośny poeta – mówił w „Autoportrecie przekornym”. W sprzedaży znalazł się nawet znaczek z czterema symbolami, które przedstawiały cztery symbole największych współczesnych Polaków: tiara biskupia – kardynał Stefan Wyszyński, klucze – papież Jan Paweł II, narzędzia elektryczne – Lech Wałęsa i książka – Czesław Miłosz.

Poeta był bohaterem wielu anegdot, większość z nich dotyczyła jego upodobań kulinarnych. Krążą legendy o tym, jak po ceremonii odebrania literackiej Nagrody Nobla w grudniu 1980 roku, Miłosz stwierdził: „Głodny jestem strasznie, muszę coś zjeść. Jedziemy do McDonalda”. Jego limuzyna podjechała zatem pod McDonalda, a poeta wszedł do środka ubrany w wytworny frak.

Jerzy Illg, szef wydawnictwa „Znak”, podczas pewnego przyjęcia usłyszał zachwycony głos 90-letniego wówczas Miłosza: „Szczęście jest dostępne!”. Okazało się, że pisarz wypowiedział te słowa, wpatrując się z uwielbieniem w… zmrożony kieliszek wódki i śledzia w śmietanie. Po chwili chrupał go, pomrukując z zadowolenia i nie bacząc, że kawałki cebuli spadają mu na spodnie. – Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, a w połowie z apetytu – usprawiedliwiał się Miłosz w wierszu.

Dom Miłosza był pełen ludzi. Drzwi się nie zamykały. Rytm życia poety był taki, że po godzinach pracy twórczej (a pracował zwykle do obiadu) życzył sobie spotkań towarzyskich. Zawsze był zachłanny i chciwy wszystkich artystycznych nowości. Przychodzący byli egzaminowani już od drzwi: „A czytał Pan to? A co Pan myśli o tym?

Był namiętny, przystojny i zbuntowany. Miał duże powodzenie, ale wszystko przeżywał w zwielokrotnionej skali. Pierwsze zauroczenie zakończyło się próbą samobójczą, a pierwsza miłość – balastem na całe życie. Prześladowało go bolesne wspomnienie krzywdy, którą wyrządził dziewczynie. Byli z Jadzią nierozłączni od pierwszego roku studiów. Jednak kiedy sprawa zaczęła wyglądać poważnie – stchórzył, przestraszył się stabilizacji. Porzucił ukochaną w bardzo nieprzyjemnych dla niej okolicznościach.

Nie mógł sobie wyobrazić, jak się żyje w świecie bez religii. Wtedy skrystalizowała się jego wizja poezji i literatury, która powinna dawać nadzieję, być użyteczna. Nie pozwalał sobie na pogrążanie się w depresji. Polemizował choćby z poetami amerykańskimi. Pisał, że ma w sobie wszystkie ich załamania, szpitale i depresje, ale nie ujawnia ich. Nosi krótko ostrzyżone włosy i krawat, nie pali marihuany ani nie bierze narkotyków. „Nie wolno pobłażać sobie (…) nie wolno szukać pomocy w szpitalu i u psychiatry/Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale też dlatego, że strach przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze błazeństwo” – pisał w wierszu dedykowanym Allenowi Ginsbergowi.

Nawet po tylu latach prześladowała go wizja wujka Witolda pogrążonego w depresji. „Nie mogę sobie pozwolić na załamanie nerwowe” – pisał do Zbigniewa Herberta. Trzymał się dzięki ciągłej aktywności umysłowej. Nazywał siebie „pesymistą ekstatycznym”, bo oprócz lęków i niepokojów chłonął życie. Wódka, bourbon, kobiety, kształty i kolory świata – to wszystko tworzyło ochronę przed osunięciem się w depresję.

Nie miał poczucia samozadowolenia. O pewnych swoich książkach pisał, że są słabsze, o wczesnych wierszach wypowiadał się sceptycznie.  Publiczność nie zdawała sobie sprawy, jak wielkie boje wewnętrzne toczy ze sobą poeta. Rozpamiętywał swoje życie, dokonywał obrachunku, zadręczał się swoimi postępkami i nieustannie zastanawiał się, czy było warto i jaka jest cena, którą się płaci za dzieło.

Był szczególnie wyczulony na zło, nie tylko to, którego sam był źródłem, lecz także zło w historii. Ta postawa szczególnie warta jest przypomnienia.

Czytaj również:  Nadmorski Plener Czytelniczy