//NeSpoon – koronkowy Banksy

NeSpoon – koronkowy Banksy

NeSpoon to artystka ulicy, która maluje po ścianach. Na szczęście nie są to tanie manifesty, ani tak zwane tagi, a piękne, koronkowe wzory. Zamiast niszczyć świeżo odremontowane ściany kamienic upiększa te brzydkie, dziurawe i zniszczone.

Reklama

Jej prace nie mają wiele wspólnego z tym, co najczęściej widać na murach. Upodobała sobie wzory koronkowe, przypominające mandale. To i biały spray to jej znaki rozpoznawcze. Artystka używa jednak różnych mediów, niektóre jej prace powstają z ceramiki i betonu, inne z włóczki.

Gdzie mieszkasz?

Na Bemowie.

Od zawsze?

Nie, lubię się przeprowadzać.

Bliskość Fortów Bema zadecydowała o zamieszkaniu tam?

Raczej odwrotnie. Forty Bema odkryłam po przeprowadzce. Przez bardzo długi czas ten teren był niedostępny dla mieszkańców miasta, należał do wojska i do Legii, nie można tam było wjechać. Zakochałam się w tym miejscu, jak tylko je zobaczyłam. Pomyślałam, żeby je jakoś ożywić, przywrócić ludziom, bo opuszczone budynki stały i niszczały. Tak powstała Galeria Forty / Forty, chociaż od pomysłu do realizacji minęło kilka lat. Trzeba było zdobyć pieniądze i zezwolenia, bo ten teren jest pod opieką konserwatorską.

Prace robisz na legalu?

90 proc. moich prac jest na nielegalu.

Zdarzały Ci się spotkania z policją?

Tak, policja czasem mnie łapie. Kiedy kleję na ulicy małą ceramikę, to tego nikt nawet nie zauważa, ale przy większych pracach zdarzały mi się zatrzymania. Gdy malowałam wielkie koronki na Broniewskiego, straż miejska i policja łapały mnie dwukrotnie. Za pierwszym razem dałam policjantom dowód i powiedziałam, żeby spisali co trzeba, a ja w tym czasie będę dalej malować. W planach miałam spory mural, więc zaproponowałam, żeby od razu spisali mnie na zapas, bo jutro wrócę i będę kończyć. I rzeczywiście wróciłam, tym razem złapała mnie straż miejska i wezwała policję. Przyjechali ci sami policjanci, co wcześniej, uśmiali się jak mnie zobaczyli i poczekali w radiowozie, aż skończę, żeby znów nie przyjeżdżać.

mural jest częścią tzw. Wrocławskiej Trasy Murali

Dostałaś pouczenie?

Wciąż czekam na jakieś wezwanie, ale jak na razie nic nie przyszło. Wiesz, ja zawsze jestem miła w stosunku do nich. Nie uciekam, grzecznie się przedstawiam, tłumaczę, co robię, daję dowód. Za każdym razem pytają mnie, czy wiem, że to jest nielegalne, a ja odpowiadam, że oczywiście, że wiem, ale że reklamy na płotach i przystankach są bardziej nielegalne i bardziej niszczą miasto, a nikt nie ściga tych ludzi.

Czym malujesz?

Zwykle sprejem, bo to najlepsza farba do szablonów, ale pędzlem również. Zdarza się, że jadę na jakiś festiwal, moje puszki nie dojechały, do najbliższego sklepu z farbami dla graficiarzy jest 300 km i wtedy trzeba po prostu malować tym, co jest.

Jak wybierasz miejsca?

Jeśli chodzi o duże realizacje, to chodzę po mieście i gdy serce mi zabije w jakimś miejscu mocniej, wiem, że to tu. Staram się tak pracować również na festiwalach, sama wybieram ściany. Potem powstaje wzór dedykowany danemu miejscu, który wykorzystuję tylko raz. Inaczej jest w przypadku małych szablonów, te odbijam wielokrotnie. Wożę je ze sobą w samochodzie, więc gdy widzę fajne miejsce, to zatrzymuję się i maluję, zajmuje to kilkadziesiąt sekund. Małe szablony są do zaznaczania terenu, duże prace muszą komponować się z krajobrazem miasta.

Dlaczego koronka?

To jest dobre pytanie. Kiedyś malowałam przemyślane, ciemne, dość depresyjne obrazy olejne. Nigdy nie lubiłam starych rzeczy, nie mam takich sentymentów. Koronki źle mi się kojarzyły, z kiepskimi wnętrzami, kurzem, serwetką na telewizorze. To nie są moje klimaty. Jednak pewnego dnia te wzory przyszły do mnie same i już zostały. Zaczęło się w pracowni ceramicznej, odciskanie koronek w glinie to jedna z najpowszechniejszych metod zdobienia naczyń na całym świecie. Widziałam takie w Australii, w Meksyku, w całej Europie, sama też takie robiłam. Pewnego dnia przyszło mi do głowy, żeby zrobić tą metodą ceramiczne koronki i przyklejać je do murów w mieście. No a potem te koronkowe wzory zaczęły mi się „wyświetlać” na całych ścianach, więc zaczęłam je też malować. I tak już zostało

Malujesz, dziergasz?

Nie, w ogóle nie dziergam. Kupuję koronki w sklepach i robię z nich instalacje albo odciskam w glinie. Sampluję wzory i maluję je na obrazach. W każdym kraju są koronczarki, które tworzą koronki, więc staram się zawsze wykorzystywać lokalne wzory. Rysuję je po swojemu i przetwarzam.

Dlaczego street art?

Bo daje wolność, a przynajmniej ja czuję się, dzięki niemu wolna. Mogę robić to, co kocham, bez oglądania się na kogokolwiek. To jest niesamowita przyjemność, jak przejeżdżam ulicą i widzę moje prace, prace znajomych albo osób, które znam tylko ze słyszenia. Przez długi czas działałam w organizacji pozarządowej, zajmowałam się problemem dewastacji krajobrazu Polski przez reklamy. Pewnego dnia stwierdziłam, że skoro reklamiarze mogą ingerować w przestrzeń całkowicie nielegalnie i na tak wielką skalę, pozostając bezkarnymi, to dlaczego ja mam mojej małej biedronki nie przykleić na ulicy. A i tak za pierwszym razem bardzo się bałam to zrobić. (śmiech)

To jest ciekawy kontrast między biedronkami a koronkami.

Bo biedronki są dla dzieci! Żeby też miały coś dla siebie na murach. Cały czas je robię. W każdym kraju, gdzie maluję, zostawiam jedną. Szykuję właśnie nową serię biedronek, ponieważ te w Warszawie są już dość mocno zdewastowane, mają ponad pięć lat.

Co lubisz w street arcie?

Chyba to, że jest to wielki powrót do malarstwa i grafiki w formie czytelnej dla zwykłych ludzi. Mniej więcej od czasu, gdy Duchamp pokazał swoją „Fontannę”, sztuka stała się hermetyczna, mało przystępna, skręciła w stronę, której ludzie nie rozumieją. Performance, wideoart czy instalacje są dużo trudniejsze w odbiorze niż malarstwo. Ludziom często wydaje się, że artyści, kuratorzy i krytycy z nich kpią, że wciskają im jakiś kit. Wystarczy poczytać komentarze do artykułów o sztuce na popularnych portalach. Street art w przeważającej większości mówi zrozumiałym językiem malarstwa figuratywnego i dekoru, no i nie trzeba iść do muzeum, żeby to zobaczyć. W pewnym sensie to spełniona idea sztuki dla ludu.

Czy sztuka to twój sposób na życie?

Tak, w ogóle nie ma innej opcji. Większość osób zna mnie tylko z koronek, ale mam sporo innych projektów, choćby „Scrabble”, „Myśli”, „Bank Wrażliwy Społecznie”, „Najmniejszy Papież na świecie”, „Serwis dla gołębi”, „Blizny”. Maluję też zwykłe, olejne obrazy. Te prace są mniej znane, bardziej osobiste, często prezentowane tylko w galeriach. Wymagają chwili uwagi i namysłu. Przy tego typu projektach ograniczeniem jest też zwykle budżet. Łatwiej jest dać artyście wiadro farby, drabinę i powiedzieć: maluj sobie po tej ścianie. Gorzej, gdy pomysł na pracę wymaga nieco większych środków na produkcję. W tym momencie większość galerii i festiwali się wycofuje, ale pomału to się u mnie zaczyna zmieniać, co mnie bardzo cieszy.

Najważniejszy projekt poza street artowy?

„Myśli”. To projekt, który powstaje od kilku lat i wciąż się powiększa. Służy do oczyszczania i uspokajania myśli, jest formą medytacji. „Myśli” to delikatne, porcelanowe płatki, które lepię w każdej wolnej chwili. Jest ich już bardzo dużo. Gdy go pokazuję, widzowie mogą się nimi bawić, zanurzać w nich ręce, przesypywać, przesuwać. Nieszkliwiona porcelana wydaje wtedy niesamowite dźwięki. Według mnie te dźwięki oczyszczają myśli. Chcę tworzyć sztukę pozytywną, wywoływać u ludzi pozytywne emocje. Płatki też temu służą i co roku będzie ich coraz więcej, to jest projekt na całe życie.

Czyli nie tylko street art?

Nie, absolutnie nie. Mam bardzo wiele pomysłów, np. chcę teraz postawić dwa pomniki. Szukam kogoś, kto sfinansowałby odlewy. Problem w tym, że chciałabym je postawić nielegalnie, bez pytania o zgodę. Docelowo chcę robić wielkie instalacje w przestrzeni publicznej, to jest coś, o czym marzę. Chodzę po urzędach, rozmawiam, szukam wsparcia i zastanawiam się jak to ugryźć. Wszyscy mi mówią, że to świetne pomysły, ale żebym sama znalazła pierwszy milion na ich realizację, to oni potem mi pomogą. (śmiech) Ale wierzę w to, że mi się uda, nie można się poddawać. Christo i Jeanie-Claude czekali sześć lat na zgodę na realizację projektu w Central Parku. Byli cholernie cierpliwi, a ja nie jestem. (śmiech)

To może ta cierpliwość jeszcze przyjdzie?

Właśnie wolałabym nie. Niecierpliwość mnie napędza. Wolałabym, żeby projekty się realizowały, a nie czekały, bo mam kolejkę pomysłów w głowie i ona mnie strasznie uwiera. (śmiech)

żródło: metrowarszawa.gazeta.pl,.natemat.pl, artystaisztuka.pl

Czytaj również:  Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych