//Nie bój się Jordanii

Nie bój się Jordanii

Na moje hasło: “Jadę do Jordanii” niektórzy ludzie reagowali przerażeniem i pukali się znacząco palcem w czoło. Żadna z tych osób w Jordanii nie była i niewiele na jej temat czytała, ale kojarzyła najczęściej, że to kraj arabski, a wiadomo – wszystko, co arabskie, to groźne, obwieszone ładunkami wybuchowymi i obcinające kobietom palce za to, że im spod nikabu wystaje.

Tymczasem w Jordanii czułam się bezpieczniej niż w większości krajów europejskich, a Jordańczyków uznaję chyba za najbardziej przyjaznych ludzi na świecie. Nie nosiłam burek ani im podobnych szat, nie chodziłam wyłącznie w towarzystwie, nie cytowano mi Koranu na ulicach, a uzbrojonych po zęby żołnierzy widziałam nieporównywalnie więcej w Barcelonie czy Paryżu.
Jordańczycy żyją z turystów i ich uwielbiają, są bardzo otwarci i ze wszystkich sił starają się, żebyś był zadowolony z podróży i do nich wrócił, ponieważ turystka dla większości to główne źródło dochodu. Uwielbiają żartować, rozmawiać, poznawać ludzi, już od granicy otaczał nas sympatyczny śmiech i okrzyki: “Polska! Robert Lewandowski! Jerzy Dudek!”
Sąsiedzi stawiali sobie za punkt honoru, żeby to właśnie mandarynkę czy oliwkę z ich ogrodu spróbować, a słodkiej herbaty ze specjalnej czarki trzeba napić się na każdym rogu najmniejszej nawet wioski. Nawet na pustyni w obozie beduinów trzeba było zasiąść do rytualnego palenia sziszy i picia zielonej kawy z lokalnym przewodnikiem. Chcesz zjeść falafle, a w tej akurat knajpie tego nie ma? Ależ usiądź, napij się kawy, kucharz pobiegnie do kilku znajomych i zobaczy, która restauracja może ci dostarczyć jedzenie do knajpianego stolika.
Twoje wejście do sklepu to święto dla jego właściciela, więc jego okryta od stóp do głów żona przyniesie ci ciastka domowej roboty. Im mniejsza wioska, tym twoje pojawienie się jest większym wydarzeniem, zwłaszcza poza sezonem.

“Ale co ty tam chcesz oglądać??” – to następne pytanie, które zadadzą Wam znajomi, zaraz jak ochłoną po informacji o tym, że jedziecie do Ammanu, Petry czy Aqaby. Bo co też niby taka Jordania ma? Pustynia i nic więcej.
Ha! Ale jaka! Obserwując zachód słońca w Wadi Rum po raz pierwszy w życiu poczułam, że świat jest wielki, a ja maleńka. Na jordańskiej pustyni nabiera się dystansu do wszystkich problemów i zaczyna rozumieć, jak olbrzymią siłę ma przyroda.

 

Czytaj również:  Szlak w koronach drzew

Pustynie, Morze Martwe, kanioning, trekking na wielbłądach, rafa koralowa… a do tego wiele miejsc historycznych (Petra, Dżerasz, zamek Karak, Madaba to tylko niektóre z nich). Dorzućmy do tego jeszcze arabskie jedzenie i słodką herbatę i nikt, ale to nikt mi nie wmówi, że nie warto jechać do Jordanii. Ten kraj jest cudowny!

Oczywiście najbardziej popularna jest Petra – to skalne miasto jest jednym z 7 nowych cudów świata, zabytkiem z listy UNESCO. Jest piękna i zarazem cholernie droga. I nie da się z tym nic zrobić. No, prawie nic. Co szczerze polecam jadącym do Jordanii po raz pierwszy, to inwestycja w dobrego, lokalnego przewodnika – wbrew pozorom może pozwolić nam to sporo zaoszczędzić, ponieważ lokalny przewodnik nie tylko ułatwi nam przemieszczanie się po kraju, ale i załatwi noclegi, posiłki i atrakcje w cenie “dla tubylców”, po znajomości. Poza tym zna boczne dróżki i wejścia mniej obleganymi trasami.
Sama Petra – warto! Oczywiście, że warto! Nie rozumiem jednak turystów, którzy jadą do Jordanii tylko dla Petry, ponieważ ten kraj oferuje nieporównywalnie więcej! Jeśli ktoś nie nocował na pustyni Wadi Rum, nie odwiedził rezerwatu biosfery Wadi Dana, odpuścił zamek krzyżowców w Keraku, nie widział rafy koralowej Aqaby i nie ma pojęcia, o co chodzi z mozaikami w Madabie, to w zasadzie nie powinien mówić, że był w Jordanii!

 

Kilka informacji praktycznych:

– dwóch przewoźników oferuje loty z Polski bezpośrednio do Ammanu, jednak warto rozważyć opcję lotu do Ovdy (Izrael) i przekroczenie pieszo przejścia granicznego w Aqabie

wizę wyrabia się bez problemu bezpośrednio na granicy (można też drogą internetową), im krótszy pobyt w Jordanii, tym wiza jest droższa; przy pobycie powyżej 5 dni wiza jest bezpłatna, dlatego wyprawa do samej Petry (co często proponują np. biura podróży) tak naprawdę jest mało opłacalna. Poza tym Petra ma w sobie tak naprawdę niewiele Jordanii, jest typowo turystyczna i ceny wylatują tam w kosmos

targowanie się w sklepach i na bazarach jest tutaj normą, sprzedawcy oczekują tego i wbrew pozorom bywają bardzo obrażeni, jeśli się przystaje na pierwszą proponowaną przez nich cenę

picie słodkiej herbaty z ziołami lub aromatycznej kawy z kardamonem (według mnie najlepszej na świecie), przyrządzanych według specyficznych receptur, jest tutaj rytuałem, wyrazem szacunku oraz ważnym elementem kultury; samo ich parzenie i podawanie w specjalnych czarkach oraz cały zestaw towarzyszących temu gestów i zachowań, to niezwykła tradycja – przodują w niej zwłaszcza pustynni beduini, toteż warto uczestniczyć u nich w choć jednym takim rytuale

– najbardziej deficytowym towarem oczywiście jest tu woda, która potrafi osiągać niebotyczne ceny – jeśli jednak korzystamy z usług lokalnych przewodników i tradycyjnych noclegów, bardzo często dostajemy wodę wliczoną w cenę pobytu

– wbrew pozorom bardzo biedna Jordania ma doskonale rozwiniętą telefonię komórkową i internet, nawet na środku pustyni można zadzwonić do rodziny; ceny oczywiście są niebotyczne, ale znowu: jeśli korzystamy z usług przewodników, będą oni zazwyczaj mieli bezpłatne wi-fi

– mimo całkiem dobrze rozwiniętego systemu dróg, jazda samochodem w Jordanii, jak to w krajach arabskich, jest sportem wybitnie ekstremalnym i z całego serca odradzam Europejczykom siadanie za kierownicę; wiele samochodów nie tylko nie ma świateł, a hamulce nie były sprawdzane od nowości, ale także coś takiego jak limity prędkości w zasadzie nie istnieją, a pierwszeństwo z reguły ma ten, kto ma większy samochód

– w Jordanii w zasadzie nie ma policji jako takiej (przestępczość jest na bardzo niskim poziomie, a wszelkie spory załatwiane są najczęściej na miejscu przez poszkodowane strony), w miejscowościach turystycznych możemy spotkać za to “policję turystyczną”, która zajmuje się wyłącznie sprawami przyjezdnych. Z zagrożeń dla turystów wymienić można sporadyczne przypadki kradzieży kieszonkowych, głównie w większych ośrodkach typu Amman.

– jako że przeciętna temperatura w okresie letnim wynosi tu powyżej 50 stopni Celsjusza, zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest przyjazd poza sezonem. Choć w położonej w górach Petrze w grudniu i styczniu może zdarzyć się śnieg, to w innych rejonach w dzień w czasie zimy zwykle jest ok. 15-18 stopni. Noce ok. 8-10 stopni, więc, zwłaszcza podczas noclegów na pustyni, przydają się tzw. majtki z golfem



jedzenie oczywiście polecam z lokalnych knajpek. Moje ulubione to ryż z przyprawami po arabsku, wszędzie też dostaniemy szoarmę, arabskie słodkości, kawę czy herbatę. Duże porcje obiadowe dla dwóch osób nie powinny kosztować więcej niż 5-7 dinarów (jest więc raczej tanie), do tego do każdego dania zwykle podawane są bezpłatne przystawki w postaci świeżych i marynowanych warzyw (mazzeh). Oczywiście falafel i hummus to absolutna klasyka. Jordańczycy do każdego posiłku zjadają duże ilości chleba pod różnymi postaciami. Obok tureckiego chleba pita dostępny jest arabski ajsz (niekwaszony i wypiekany pod postacią płaskich bochenków) oraz chleb z tymiankiem i ziołami (ajsz bi zaatar). Narodową potrawą Jordanii jest mansaf, czyli jagnię pieczone z ziołami, podawane z migdałami, ryżem, nasionami sosny i orzechami. Posiłki przygotowywane przez beduinów w tradycyjny sposób (nad ogniskiem lub w piecu umieszczonym pod ziemią) to absolutna uczta dla podniebienia (chociaży mahshi czyli warzywa nadziewane mięsem i ryżem). Miłośnicy kuchni arabskiej mogą też wziąć udział w lokalnych warsztatach kulinarnych (np. w Petra Kitchen).

– mimo że to kraj islamski, alkohol jest dostępny i nie ma większego problemu z jego zakupem – lokalne piwa mają jednak porażającą moc (np. 13 procent), więc warto sprawdzać, co się wlewa w gardziel 😉

Podsumowując: czy warto? Nie pytać! Pakować się w 3 minuty i jechać!


 

 

Czytaj również:  Hiszpańska wioska Smerfów