//Piękno życia wg Kimmy Schmidt

Piękno życia wg Kimmy Schmidt

„Unbreakable Kimmy Schmidt” to komedia, w której absurd goni absurd, a tematyka bardziej nadaje się na poważny psychologiczny dramat niż na radosną opowieść o pięknie życia. O dziwo jednak, wszystko tu działa i komponuje się ze sobą idealnie.

Advertisements

Serial opowiada historię tytułowej Kimmy, która połowę swojego życia spędziła w podziemnym bunkrze jako uprowadzona członkini sekty. Wmówiono jej, że nastał czas apokalipsy i cała planeta została zniszczona. Brzmi niemożliwie? Po 15 latach porwane kobiety zostają odnalezione i uwolnione, a Kimmy postanawia od tej pory żyć pełnią życia. I niemożliwe zaczyna się dopiero teraz – oto bowiem świat, który dotąd znała, naprawdę przestał istnieć; zmieniło się wszystko, od stylu życia po technologię. Dziewczyna musi więc znaleźć mieszkanie, pracę i rozgryźć, jak działa świat. I właśnie to miało być siłą napędową całego serialu, tylko że umówmy się, nie jest to nic odkrywczego. Podobne motywy już były obecne w innych produkcjach i jeśli skończyć by na tym, to faktycznie, „Unbreakable Kimmy Schmidt” nie ma do zaoferowania nic świeżego w tym temacie, ewentualnie podejście i zrobienie z tego komedii. Jednak produkcja Netflixa ma coś, co zmusza do trwania przy niej i ciągłego oglądania „jeszcze jednego epizodu”, prawdziwego asa w rękawie – cudownie, absurdalnie przerysowanych bohaterów.

Całe szczęście twórcy zdali sobie sprawę, że rzucenie Kimmy w obcy świat nie jest pomysłem wystarczającym na 13 odcinków, dlatego otoczyli ją bohaterami i sytuacjami, które wyciągają potencjał historii i nawet ze słabszych momentów potrafią zrobić coś dobrego. Mamy więc Titusa, stereotypowego do granic możliwości czarnoskórego geja, którego marzeniem jest występować na Broadwayu; mamy moją ulubienicę Lillian (Boże, na starość zmień mnie w taką Lillian, Carol Kane jest w tej roli genialna i zasługuje na wszelkie nagrody świata), szemraną staruszkę, która ciągle coś kombinuje, oraz Jacqueline, typową rozpieszczoną żonę miliardera, która nie ma pojęcia o życiu chyba jeszcze bardziej niż panna Schmidt. W roli drugoplanowej miga nam na ekranie od czasu do czasu przekonujący Jon Hamm jako manipulator, lider sekty i sekretny mąż Kimmy.

Nie można oczywiście recenzować serialu komediowego, nie wspominając o gagach, a tych w „Unbreakable Kimmy Schmidt” jest od groma. Część z nich działa, część nie do końca, część to subtelny humor sytuacyjny, a część to po prostu żarty, które walą widza w pysk i zmuszają do śmiechu. Do wyboru, do koloru – każdy znajdzie odpowiadający mu typ humoru. Między innymi mamy więc sektę na rowerach stacjonarnych, której guru to trener fitness, mamy musical o 12 Spider-Manach, mamy bunt przebierańców w sklepie z kostiumami. Po prostu dzieje się. I to dzieje się cudownie i śmiesznie. Widz, oglądając„Unbreakable Kimmy Schmidt” ma poczucie dobrej zabawy, a dzisiejsze komedie nie zawsze to oferują, więc serial tym bardziej wygrywa na tym polu.

„Unbreakable Kimmy Schmidt” idealnie nadaje się do binge-watchingu. Twórcy serialu – Tina Fey i Robert Carlock – umiejętnie wykorzystali okazję, aby zabrać nas w szaloną i niezwykle zabawną podróż ze swoją superoptymistyczną bohaterką. Dobrym posunięciem twórców jest pozostawienie wielu sygnałów wskazujących na to, że Kimmy w końcu będzie musiała stawić czoło problemom, które lekceważy. Nie będzie to dużym spoilerem, kiedy powiem, że wreszcie do tej konfrontacji dochodzi. Co jeszcze lepsze, to fakt, że ogromną rolę w tym wątku odgrywa postać grana przez Tinę Fey. Tym razem twórczyni serialu wciela się w psychiatrę, która za dnia stara się pomagać swoim pacjentom, a nocami zmaga się z alkoholizmem. Sam opis postaci brzmi niezwykle ponuro, jednak trzeba docenić scenarzystów za to, że nawet tak poważny problem potrafią okrasić dobrymi dowcipami, nigdy nie bagatelizując powagi sprawy. To samo tyczy się oczywiście wątku Kimmy, która nie przestaje nagle być ofiarą kultu i nie resetuje swojego życia, ale niesie za sobą bagaż przeżyć, z którym musi się rozliczyć.

Ta odwaga w podejmowaniu poważnych tematów w wydawałoby się tak lekkim gatunku jak sitcom jest jedną z największych zalet serialu. Przede wszystkim jednak „Unbreakable Kimmy Schmidt”t wprost pęka w szwach od piętrzących się dowcipów słownych i sytuacyjnych. Humor w serialu zaskakuje często swoją absurdalnością – jak w przypadku pacynkowej babci przy rodzinnym stole – jednak w tym świecie takie rzeczy wydają się całkowicie prawdopodobne i nie ma potrzeby zadawania sobie pytania „dlaczego”. „Unbreakable Kimmy Schmidt” jest wręcz tak naładowane różnego rodzaju gagami i zabawnymi one-linerami, że nie sposób wychwycić wszystkich za jednym razem. Do tego należy dodać jeszcze wachlarz popkulturowych odniesień, które często wchodzą na poziom „meta” – jak uwaga Kimmy, że wielebny Richard Wayne Gary Wayne (grany przez Jona Hamma) próbował przekonać ją, iż wymyślił reklamę Coca-Coli Buy the World a Coke. Część dowcipów napisanych przez twórców jest wręcz tak bezpośrednią odpowiedzią na to, co obecnie dzieje się w popkulturze, że tym bardziej warto obejrzeć serial teraz, kiedy te odniesienia są jeszcze na czasie.

Niewielką, ale jak zawsze fantastyczną główną obsadę„Unbreakable Kimmy Schmidt”” dopełniają Lilian (Carol Kane) i Jacqueline (Jane Krakowski), z których ta pierwsza dostaje jeszcze większą rolę niż w poprzednich sezonach. Tym razem, w swojej batalii przeciw hipsterom i gentryfikacji, startuje w wyborach do rady dzielnicy, gdzie ma zamiar dumnie walczyć przeciwko zalewającym każdy kącik Nowego Jorku korporacjom. Natomiast Jacqueline z pomocą Russa (David Cross) rozpoczyna własne starcie przeciwko rasistowskim tradycjom drużyny Washington Redskins i jej właścicielom, którzy, tak się składa, są rodziną jej partnera. Choć fakt, że w postać rdzennie amerykańską wciela się biała aktorka, nadal może budzić pewne wątpliwości (pomijając oczywiście komediowy talent Jane Krakowski), serial na swój sposób wykorzystuje szansę, by opowiedzieć o uprzedzeniach i rasizmie względem tej mniejszości etnicznej w mainstreamowej amerykańskiej kulturze.

Bez wątpienia wątek Jacqueline idealnie wpisuje się w szersze przesłanie serialu, jakim jest angażowanie kobiet do działania i walka o równouprawnienie. Jedną z najmocniejszych stron „Kimmy Schmidt” jest niekonwencjonalne czy wręcz szalone podejście do tematyki female empowerment. W tym roku to szczególnie widać – nie bez powodu materiały promocyjne do trzeciego sezonu przywodzą na myśl plakaty z lat 40. z ikoniczną Rosie the Riveter, obwieszczającą „We Can Do It!”. Sama Kimmy w szczególności kontynuuje swoją rolę jako inspiracji dla innych do działania, chociażby pełniąc funkcję mediatora w sytuacji problematycznej dla Gretchen (Lauren Adams), która znajduje nowe powołanie, czy też konfrontując się z wysłanniczką wielebnego Wayne’a, w którą gościnnie wciela się zawsze mile widziana na małym ekranie Laura Dern.

Pozornie cukierkowy świat „Unbreakable Kimmy Schmidt” jest w wielu aspektach całkiem bliski naszemu, a siła serialu tkwi w tym, że potrafi prezentować współczesne problemy w wyjątkowy, pokręcony i absurdalny sposób. Podobnie jak i w poprzednich sezonach, tutaj dowcipem może stać się wszystko i każdy. Pierwsza połowa trzeciej serii produkcji Tiny Fey i Roberta Carlocka potwierdza, że to wciąż jedna z najśmieszniejszych i najoryginalniejszych obecnie komedii.

I chociażby dlatego ten sitcom cały czas warty jest miłości najwierniejszych fanów i uwagi miłośników dobrej telewizji. Krótki, półgodzinne odcinki pomagają nam znaleźć chwilę na poprawę humoru w zasadzie każdego dnia. Choć przyznam – jak się zacznie od jednego, to trudno się oderwać…

Advertisements
Czytaj również:  Zaczyna się jak rodzinny dramat, kończy jak rasowy film o zemście.