//Punisher – mroczny bohater

Punisher – mroczny bohater

Frank Castle, czyli Punisher, doczekał się własnego serialu. Okrutnego. Serialu, który nie przypadł za bardzo do gustu fanom komiksu, ale może spodobać się każdemu wielbicielowi mrocznego kina sensacyjnego rodem z lat 70.

Reklama

Sezon pierwszy zaczyna się niespiesznie. Zanim poznamy całą historię Punishera oraz jego wrogów, musimy zbliżyć się do Franka, wejść w jego umysł, na swój sposób zaprzyjaźnić się z nim.

Jak dla mnie serial ma kilka niekwestionowanych zalet:
Po pierwsze„Punishera” można oglądać bez znajomości komiksów (lub po pobieżnym zapoznaniu się z nimi). Po drugie – co wydaje się bardziej istotne, nie trzeba także znać pozostałych seriali Netflixa o marvelowskich superbohaterach (co jest szczególnie cenne, biorąc pod uwagę dosyć nierówną jakość tychże seriali). Po trzecie – nie trzeba znać (co może ucieszyć szczególnie kinomaniaków, lubiących dobre produkcje sensacyjne), wcześniejszych filmów o okrutnym mścicielu. No i wreszcie po czwarte – to chyba najlepsza filmowa inkarnacja “Punishera”.

Serial zaczyna się w chwili, gdy Frank po wymordowaniu połowy kartelu i mafii irlandzkiej postanawia zapaść się pod ziemię. Puszcza z dymem swoją kamizelkę kuloodporną z trupią czaszką i zostaje zwykłym robotnikiem, pracującym przy rozbiórkach domów. Ale dla takiego człowieka jakim jest Frank, spokój jest stanem niemożliwym. Szybko zatem okazuje się, że jego współpracownicy nie są zbyt przyjemnymi ludźmi, a Frank będzie musiał pokazać im, w czym naprawdę jest dobry. A że każdy, kto poznaje rozległe talenty naszego bohatera, szybko kończy na cmentarzu… Frank będzie zmuszony zmienić pracę. Jakby tego było mało, na trop Franka wpada niejaki Micro, spec od komputerów, który usilnie próbuje zapoznać się z Punisherem.

Steve Lightfoot, pomysłodawca i główny scenarzysta serii, miał na swojego „Punishera” pomysł prosty. Położyć większy nacisk na realizm. Dlatego też „Punisher” w zasadzie nie przypomina serialu o superbohaterze. Oczywiście sam z siebie Punisher nie jest typowym superherosem, ale w komiksach otaczali go często karykaturalni wrogowie. Tu tego nie ma.

W podobną stronę, realistycznego filmu sensacyjnego, zmierzała ekranizacja „Punishera” z 2004 roku. Tam jednak w pewnym momencie coś poszło nie tak, a film z mrocznej sensacji zamienił się w parodię (w sumie każdy kinowy „Punisher” tak kończył). Tu tak nie jest. Tu mamy do czynienia z równym, powoli rozwijającym się, ale wciągającym filmem, który z odcinka na odcinek zmierza coraz głębiej w mrok. Niebywale pociągający mrok.

Czytaj również:  Kino i Sztuka.. i hotel PURO